Gdzie do Australii na wakacje?

Australia to nie tylko kangury i Wielka Rafa Koralowa – to kontynent pełen kontrastów, luzu i niekończącej się przestrzeni. Od miejskiego życia w Sydney i Melbourne, przez pustynne Outback, aż po rajskie plaże Queenslandu – każdy region ma swój charakter, ale nie każdy sprawdzi się na Twoje wymarzone wakacje. Jeśli zastanawiasz się, gdzie do Australii na wakacje, jesteś w dobrym miejscu.

W dużym skrócie: Sydney to tętniące życiem miasto z plażami i ikonami jak opera i Harbour Bridge. Melbourne przyciąga artystyczną duszą, kawą i dostępem do Great Ocean Road. Brisbane to słońce cały rok i baza wypadowa na wybrzeże. Perth oferuje spokój, plaże i selfie z quokką na Rottnest Island. Adelaide to luz, wino i zero pośpiechu. Cairns to tropiki i Wielka Rafa Koralowa, Darwin – dzika przygoda i kultura Aborygenów, a Hobart to Tasmania pełna ciszy, przyrody i chłodniejszego klimatu.

Gorąco zapraszamy po szczegóły na temat każdej z destynacji - to na pewno pomoże ci podjąć najtrafniejszą decyzję!

Sydney

Większość osób zastanawiająca się gdzie lecieć do Australii na wakacje, pierwsze o czym myśli to Sydney. I dobrze. Bo to miasto, które nie bierze jeńców – rzuca Ci pod nogi Harbour Bridge, a zaraz potem kusi Bondi Beach. I Ty już wiesz, że przepadłeś…

Sydney to największe miasto Australii. Ale nie tak jak Warszawa jest "największa", tylko tak naprawdę – rozległe, głośne, zatłoczone i pełne wszystkiego. Drapacze chmur, parki z ibisami (serio), a tuż za rogiem… plaża, jakby nic się nie stało.

Chcesz morza i widoku na operę? Proszę bardzo – wskakuj na rejs po zatoce. Wolisz spacer z widokiem na wodę i selfie ze słynnym mostem? Masz do wyboru tysiąc miejscówek. A jak masz więcej odwagi, możesz nawet wejść na sam szczyt Harbour Bridge (tak, da się).

A Bondi Beach? Kultowe. Surfing, leżenie na ręczniku, cappuccino z pobliskiej knajpy i ludzie wyglądający jak z reklamy okularów przeciwsłonecznych.

Melbourne

No dobra, jeśli Sydney wydaje Ci się zbyt oczywiste… to Melbourne zaraz namiesza Ci w głowie.

To miasto to jedno wielkie płótno dla ulicznych artystów. Tu nawet bramy garażowe wyglądają jak murale.

Hosier Lane? Obowiązkowo. Weź aparat, bo Twój Instagram się zagotuje.

A jak już się napatrzysz, to wpadnij do muzeów. National Gallery of Victoria, Scienceworks, ACMI… i jeszcze Ci mało? Spokojnie, Melbourne to też miasto festiwali, koncertów, kawiarni i ukrytych barów, do których wchodzi się przez… pralnię. Tak, takie tutaj też są.

Dzielnice mają tu swój klimat. Fitzroy to hipsteriada, St Kilda to relaks przy plaży z pingwinami (nie żartujemy), a Carlton pachnie jak mała Italia. I wszędzie możesz dojechać tramwajem, który wygląda jak z retro pocztówki.

Na koniec perełka, czyli Great Ocean Road. To stąd najłatwiej ruszyć na jedną z najpiękniejszych tras drogowych świata. Klify, plaże, kangury i tych słynnych Dwunastu Apostołów (zostało ich mniej, ale nazwa brzmi lepiej, więc nikt się nie czepia).

Brisbane

Jeśli nadal główkujesz, gdzie lecieć do Australii, a Twoje serce bije w rytmie flip-flopów i kokosowego kremu przeciwsłonecznego SPF 50, to Brisbane powinno być wysoko na liście.

To miasto nie krzyczy jak Sydney, nie filozofuje jak Melbourne… tylko po prostu robi swoje. Czyli serwuje słońce. Dużo słońca. Tak mniej więcej przez cały rok.

Brisbane to świetny punkt startowy, jeśli planujesz objechać wschodnie wybrzeże. Można stąd śmignąć na północ do Cairns albo na południe do tętniącego życiem Gold Coast i spokojniejszego Sunshine Coast.

Samochód, pociąg, bus… albo zwykły plan: rano kawiarnia z widokiem na rzekę, potem wyjazd na plażę, a wieczorem cold brew na South Bank. Wszystko do Twojej dyspozycji.

Perth

Jeśli lubisz rzeczy „trochę na uboczu”, to Perth może być Twoim ulubionym odkryciem. Miasto, które patrzy na Ocean Indyjski i ma w głębokim poważaniu to, co dzieje się po drugiej stronie kontynentu.

Perth jest trochę jak ten kumpel, co rzadko się odzywa, ale jak już się spotkacie, to nie chcesz kończyć rozmowy. Miasto oferuje spokojniejsze tempo, mnóstwo zieleni i plaże tak długie, że możesz zgubić klapka w jednej dzielnicy, a znaleźć w drugiej.

Tu naprawdę spotkasz dzikie kangury - i to w miejskich parkach! Kings Park jest większy niż Central Park w Nowym Jorku.

No i zachody słońca nad oceanem? Klękajcie narody. A jak masz czas, to skocz na Rottnest Island i zrób sobie selfie z quokką. One się zawsze uśmiechają, nawet bez filtra.

Adelaide

Zastanawiając się gdzie najlepiej lecieć do Australii, Adelaide zwykle nie trafia na podium. Błąd. Bo to miasto, które nie potrzebuje konfetti, żeby robić robotę. Zero spiny, dużo uroku i jeszcze więcej... wina.

Adelaide to relaks w czystej postaci. Tu nikt nie biegnie na złamanie karku. Możesz spacerować po plaży, wskoczyć do lokalnej kawiarni, a potem – uwaga – wyskoczyć do Barossa Valley, czyli jednego z najlepszych regionów winiarskich świata.

Tylko godzina jazdy i jesteś w krainie Shiraza i niekończących się winnic. Degustacja za degustacją, piękne widoki i wrażenie, że czas się tu zatrzymał. I bardzo dobrze.

Samo miasto też ma sporo do zaoferowania! Są tu rynki z jedzeniem, galerie, festiwale, plaże tuż przy centrum i klimat „nie muszę się spieszyć, mam jeszcze czas na jedno espresso”.

Cairns

Jeśli Twoje serce bije w rytmie płetwy i maski do nurkowania, to Cairns Cię pokocha. A Ty Cairns. Od razu. Bez ostrzeżenia.

To właśnie stąd startuje większość rejsów na Wielką Rafę Koralową. Czyli jedno z tych miejsc, które musisz zobaczyć. Nurkowanie, snorkeling, rejsy z szybą w podłodze… opcji jest więcej niż ryb w oceanie!

Ale Cairns to nie tylko rafa. Masz pod ręką Daintree Rainforest, czyli jeden z najstarszych lasów deszczowych na świecie. Pełno w nim dziwnych dźwięków, jeszcze dziwniejszych ptaków i atmosfery jak z Jurassic Park – tylko bez T-Rexa.

Do tego palmy, plaże i klimat jak w saunie z widokiem - to są właśnie tropiki! Gorące, wilgotne, ale też szalenie piękne. I trochę szalone. Ale to ich urok.

Darwin

Myślisz, że już wiesz, gdzie lecieć do Australii? Poczekaj, aż poznasz Darwin. To nie jest plażowy relaks jak w Perth, ani miejski mix jak w Sydney. To Australia z zupełnie innej planety. Północnej.

Darwin to miejsce, gdzie klimatyzacja to świętość, a ludzie wiedzą, jak wygląda prawdziwa natura.

Krokodyle? Są. Burze tropikalne? Oczywiście. Egzotyka? Po sufit.

Ale to wszystko w pakiecie z autentycznym klimatem i dostępem do najstarszej kultury na kontynencie, czyli kultury Aborygenów.

Jeśli masz ochotę na coś więcej niż zdjęcia z operą, to wyprawa do Kakadu National Park albo Litchfield National Park wciśnie Cię w fotel. Wodospady, monstrualne termitiery, rysunki naskalne sprzed tysięcy lat i natura, która mówi: „tu rządzę ja”.

Miasto samo w sobie też daje radę. Z nocnymi marketami, muzyką na żywo i klimatem, który przypomina nieco Azję Południowo-Wschodnią… tylko z lepszym angielskim.

Hobart

Gdzie jechać do Australii jeśli masz dość upałów, surferów i miejskiego zgiełku? Hobart na Tasmanii będzie Twoim azylem. Tutaj czas się nie spieszy. I ludzie też nie!

Tasmania wygląda, jakby ktoś zebrał wszystkie najładniejsze kawałki Australii i schował je na osobnej wyspie, żeby nikt nie przeszkadzał. Są tu piękne góry, lasy, klify i zwierzęta.

Hobart to spokojne, portowe miasto, gdzie możesz zacząć dzień od kawy, potem wspiąć się na Mount Wellington, a wieczorem obserwować pingwiny wychodzące z wody jak gdyby nigdy nic.

Okoliczne parki narodowe to złoto – Freycinet, Cradle Mountain, Maria Island… każda miejscówka to osobna pocztówka.

Canberra

Jeśli nadal szukasz gdzie najlepiej lecieć do Australii, to Canberra raczej nie będzie Twoim numerem jeden. Ale jeśli już jesteś gdzieś między Sydney a Melbourne, warto zrobić przystanek! Bo stolica kraju to nie tylko polityka i garnitury.

To miasto powstało trochę na przekór. Bo Sydney i Melbourne nie mogły się dogadać, kto ma być najważniejszy… więc zbudowano coś między nimi. Efektem jest właśnie Canberra – miasto zaprojektowane od linijki, ale z głową i… zaskakująco przyjemne.

Znajdziesz tu świetne muzea, galerie, pomniki, parlament i ogrody, które nie wyglądają jak pobojowisko po festiwalu. National Museum, War Memorial, Gallery of Australia – to nie są nudne placówki z dinozaurami z kartonu. Naprawdę robią robotę.